Gwiezdne wojny Przebudzenie Mocy Online (2016), Oglądaj bez ścin w jakości Full HD!

Gwiezdne wojny Przebudzenie Mocy Online (2016), Oglądaj bez ścin w jakości Full HD! Reżyser wizjoner J.J. Abrams prezentuje filmowe wydarzenie pokolenia! Kylo Ren i odrodzony z popiołów Imperium złowieszczy Najwyższy Porządek rosną w siłę, a Luke Skywalker przepadł bez wieści w chwili, gdy galaktyka potrzebuje go najbardziej. Rey, pustynna zbieraczka złomu, oraz Finn, dezerter z oddziału szturmowców, łączą siły z Hanem Solo i Chewbaccą w poszukiwaniu ostatniej nadziei na przywrócenie pokoju w galaktyce.

Gwiezdne wojny Przebudzenie Mocy Online:

ogladaj
cały film

Akcja filmu rozpoczyna się trzydzieści lat po bitwie o Endor i upadku Sithów. Luke Skywalker (Mark Hamill) przepada bez wieści. Pod jego nieobecność na gruzach Imperium Galaktycznego wyrasta złowroga organizacja Najwyższy Porządek stawiająca sobie za cel zniszczenie ostatniego Jedi. Z poparciem władz Nowej Republiki generał Leia Organa (Carrie Fisher) dowodzi Ruchem Oporu. Pragnie odnaleźć swojego brata oraz przywrócić pokój w Galaktyce. Leia wysyła najlepszego pilota Poe Damerona (Oscar Isaac) na pustynną planetę Jakku, gdzie dawny sprzymierzeniec wpadł na informacje o miejscu pobytu Luke’a. Wkrótce Poe zostaje schwytany przez Kylo Rena (Adam Driver), posługującego się Ciemną Stroną Mocy czciciela Dartha Vadera. Na jednym z krążowników Najwyższego Porządku Dameron znajduje nieoczekiwanego sojusznika w osobie zbuntowanego szturmowca Finna (John Boyega). Tymczasem należący do pilota robot BB-8 spotyka Rey (Daisy Ridley) – tajemniczą samotniczkę i zbieraczkę części posiadającą niezwykłe umiejętności i wrażliwość na Moc…

Rey (Daisy Ridley) zajmuje się poszukiwaniem części rozbitych maszyn bojowych, które pozostały po bitwie pomiędzy resztkami Imperium a Nową Republiką. Dziewczyna po opuszczeniu jednego z gwiezdnych niszczycieli udaje się do swojego schronienia w starej maszynie AT-AT. Podczas odpoczynku Rey słyszy dźwięk robota BB-8, który ma w sobie schowaną mapę pokazującą miejsce pobytu ostatniego rycerza Jedi, Luka Skywalkera (Mark Hamill).

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce… – te słowa znamy dobrze wszyscy, obojętnie na której trylogii zostaliśmy wychowani. Znać je będą również ci, którzy swą przygodę zaczną (bądź już zaczęli, wszak pierwsze pokazy za nami) od Epizodu VII, a w dalszej kolejności także następnych filmów pod skrzydłami Disneya. I nie ulega wątpliwości, że staną się one dla nich równie ważne i kultowe, co kiedyś dla nas te od Lucasa.

Urodzony w Nowym Jorku J.J. Abrams doskonale wstrzelił się w jeszcze jedną markę, w której jest jedynie „podwykonawcą”. Z materiałem źródłowym poradził sobie przy tym nawet lepiej, jak w konkurencyjnym „Star Treku” czy wcześniejszym „Mission: Impossible”, tworząc tym samym chyba swój najlepszy film – przepełniony tyleż pasją twórczą, co po prostu dobrze przemyślany i bardzo dobrze nakręcony.

Owszem, nowym Star Warsom da się zarzucić sporo rzeczy, z których najbardziej boli chyba fakt, iż tak naprawdę cały szkielet fabularny, to powtórka z „Nowej nadziei” – wliczając w to zbyt podobne do siebie lokacje (pustynną, lodową i „zieloną”), zbliżonych stylistycznie bohaterów i powielane schematy (znowu postrachem galaktyki jest gość w czarnych fatałaszkach, znowu Rebelia to słabo wyposażone niedobitki dzielnie stawiające czoła upgradowanemu Imperium – notabene świetnie odświeżono myśliwce i zbroje szturmowców plus dodano im trochę interesujących gadżetów – znowu robot jest kluczem do sekretów, itd.), z praktycznie dokładnie takim samym finałem (a raczej początkiem) całej historii. Także muzyka, która jest oczywiście świetna, również bezgranicznie bazuje na znanych już motywach, a nowe bynajmniej nie porywają w równym stopniu, nie mają tej samej siły przebicia, co klasyczne nuty.

Można bić się w myślach (lub z innymi widzami – oczywiście na miecze świetlne) o to, które momenty zostały przesadzone, które postaci (jeszcze) nie zostały w pełni wykorzystane i tak naprawdę pojawiają się po nic (na drugim planie odnajdziemy przy tym naprawdę, naprawdę wiele znajomych twarzy i odnóży). Nie każdy dialog trafia w sedno, nie zawsze swoista nostalgia się sprawdza, nie wszystkie elementy (a trzeba napisać, że Abrams dodał do tego uniwersum sporo fajnie uzupełniających je szczegółów i sprytnych detali, jakie dodatkowo urzeczywistniają jego wizję) idealnie ze sobą współgrają i nie wszelkie nawiązania do poprzednich filmów są potrzebne. Znajdzie się też parę scen, w których motywacja poszczególnych postaci nie do końca przekonuje, a im samym sporo rozwiązań problemów przychodzi z dużą, być może za dużą łatwością.

Tylko co z tego, skoro „Przebudzenie Mocy” ogląda się wprost fenomenalnie! Technicznie film jest bez zarzutu – efekty, zwłaszcza te animatroniczne, to miód dla oczu, a zdjęcia, montaż, scenografia i sposób ich użycia skutkują ogromem sekwencji, jakie bez dwóch zdań przejdą do kanonu Gwiezdnych Wojen i za 30 lat będzie się je wspominać i do nich powracać z taką samą frajdą, jak dziś do pościgu między asteroidami z „Imperium kontratakuje”, czy ataku na Gwiazdę Śmierci II w finale „Powrotu Jedi” (lub też, sięgając do prequeli, pojedynku z Darthem Maulem). A i wspomniana ilustracja Williamsa, nawet jeśli wtórna, bez problemu przenosi nas wraz z żółtymi napisami do dzieciństwa w sposób godny zachwytów wszelakich.

Zagrane to jest koncertowo – stara gwardia cieszy serce i nie popada w śmieszność, a nowi bohaterowie mają duszę, charyzmę, solidną chemię między sobą i ogromny potencjał, którego jeden odcinek szczęśliwie nie jest w stanie wykorzystać, zatem twórcy zostawiają nas z wieloma pytaniami na przyszłość. Aktorzy są w swoich rolach wyborni – Harrison Ford posiada wciąż ten sam błysk w oku i widać, że powrót do domu był dla niego równie dużym przeżyciem i atrakcją, co dla nas; John Boyega jest pełen energii, wielce ekspresyjny i łatwo mu kibicować, na Oscara Isaaca w akcji zawsze miło popatrzeć, a urocza Daisy Ridley kradnie serce fana dokładnie tak, jak ongiś czyniła to księżniczka Leia, notabene powracająca z wdziękiem i dostojnością godną królewskiego rodu. Ciekawie wypada też Adam Driver w roli głównego antagonisty, bardzo niejednoznacznego dodam. Poniekąd film kradnie jednak BB-8, który bez problemu przebija dla mnie swojego „kuzyna”, R2-D2. Ten, którego nie najdzie ochota na zakup takiego cacka po seansie, niech pierwszy rzuci kamieniem…

Całość poprowadzona jest perfekcyjnie, ma odpowiedni rytm i nie pozwala się nudzić, a kiedy trzeba bezbłędnie uderza we właściwe tony (pewien śmigający od paru tygodni po sieci spoiler to jedna z najlepszych i najbardziej zaskakujących scen w całej sadze). Emocjonalnie to zresztą niekiedy prawdziwa bomba – dzieje się dużo, mimo schematów akcja potrafi być niekiedy nieprzewidywalna i porywa aż do samego końca, który… robi smaka na kolejne części. Oczywiście w kinie, niestety dopiero za dwa lata. Wiem jednak, że oczekiwanie umili mi wiele kolejnych seansów „Przebudzenia Mocy”, które zwyczajnie na to zasługuje. Trailery tym razem nie kłamały – to nie legendy, to wszystko prawda. Każde słowo. Moc jest z nami!

Pod koniec października 2012 roku fanów „Gwiezdnych Wojen” na całym świecie zelektryzowała informacja o wykupieniu studia Lucasfilm przez The Walt Disney Company za ponad cztery miliardy dolarów. Nowy nabywca ogłosił przy okazji, iż zamierza wyprodukować kolejną trylogię najpopularniejszej na świecie kosmicznej sagi. Właśnie tego dnia dla milionów ludzi na całym świecie rozpoczęło się długie oczekiwanie na następną, siódmą już odsłonę cyklu o historii rodu Skywalkerów, zatytułowaną „Przebudzenie Mocy”.

Przez trzy lata wytwórnia podkręcała atmosferę wokół filmu, stopniowo ogłaszając powrót do serii aktorów (Mark Hamill, Carrie Fisher, Harrison Ford) i twórców (John Williams, Lawrence Kasdan) klasycznej trylogii. Reżyserem został J.J. Abrams, znany wcześniej między innymi z dwóch odsłon nowego „Star Treka”, filmu „Super 8”, czy serialu „Lost/Zagubieni”. Niestety, z uwagi na przedłużenie procesu produkcyjnego, twórcom nie udało się zachować tradycyjnego dla filmów spod znaku „Star Wars”, majowego terminu premiery, którą to przesunięto na 18 grudnia 2015 roku. Dziś w nocy oczekiwanie dobiegło końca i mieliśmy okazję obejrzeć wyniki pracy nowej-starej ekipy.

Akcja „Przebudzenia Mocy” rozpoczyna się chronologicznie około trzydziestu lat po wydarzeniach z „Powrotu Jedi”. Złowrogie Imperium Galaktyczne dawno już upadło, a jego miejsce zajął nowy twór o nazwie Najwyższy Porządek na którego czele stoi tajemniczy przywódca Snoke (Andy Serkis). Luke Skywalker zniknął gdzieś w niewyjaśnionych okolicznościach po fiasku jego planu odbudowania Zakonu Jedi, a dowodzony przez generał Leię Organę Ruch Oporu usilnie stara się go odnaleźć, wysyłając swojego najlepszego pilota na pustynną planetę Jakku. Ich plany krzyżuje przybycie Kylo Rena wraz z grupą uderzeniową, a sytuację uratować może tylko zbuntowany szturmowiec Finn, zbieraczka złomu Rey i uroczy droid BB-8…

W ten właśnie sposób streścić można pierwszy kwadrans filmu, trzymającego w napięciu od początkowej do końcowej sceny. Pomimo pewnej wtórności scenariusza i powielania schematów bardzo dobrze nam znanych z „Nowej nadziei” najnowszy epizod gwiezdnej sagi ogląda się rewelacyjnie, bez przerwy kibicując głównym bohaterom. Właściwie w każdej scenie widać, iż trójka młodych aktorów – Daisy Ridley, John Boyega i Oscar Isaac – włożyła masę serca w grane przez siebie postaci, starając się zbudować je jak najlepiej. Samodzielna i odpowiedzialna Rey doskonale uzupełniana jest przez energiczną i humorystyczną personę Finna, a tej dwójce uroku dodaje droid BB-8, będący własnością Poe Damerona i więcej niż godnym następcą R2-D2.

Mentorem Rey i Finna (przynajmniej w pewnym sensie) zostaje Han Solo, w którego po ponad trzydziestu latach znowu wciela się Harrison Ford. Zarówno on, jak i powracająca w roli Leii Carrie Fisher, wypadają wręcz znakomicie. Widać wyraźnie, iż oboje z dużą radością przenoszą się do świata Gwiezdnych Wojen i bawią się granymi przez siebie postaciami, dodając im po tak długim czasie wiele atrakcyjności. Najbardziej niejednoznacznym bohaterem w filmie jest jednak grany przez Adama Drivera antagonista – Kylo Ren. Z jednej strony jest w nim dużo gniewu i złości, których nie stara się nawet tłumić, z drugiej jednak ciągnie go powrót do światła, czego nie może po sobie pokazać, chcąc dokończyć szkolenie u najwyższego wodza Snoke’a. Grany przez Serkisa w technologii motion-capture Snoke to właśnie największy zawód w filmie – pojawia się jedynie jako hologram i nie wygląda nad wyraz efektownie, a zdecydowanie bardziej złowrogą od niego postacią wydaje się być generał Hux (rewelacyjny Domhnall Gleeson).

Jeśli chodzi o stronę wizualną filmu, to bardzo cieszy fakt, iż J.J. Abrams dotrzymał słowa i wraca konwencją do klasycznej trylogii, zwiększając ilość fizycznie wybudowanych scenografii. Efekty komputerowe natomiast zapierają dech w piersiach – ucieczka „Sokołem” z Jakku, czy walki myśliwców to prawdziwe perełki, które ogląda się z ciarkami na plecach. Wszystko to okraszone jest znakomitą muzyką Johna Williamsa wracającego do Gwiezdnych Wojen w pełnej formie pomimo zaawansowanego już przecież wieku. Temat muzyczny Rey, Kylo Rena, marsz X-wingów, czy zakończenie to prawdziwe majstersztyki!

„Przebudzenie Mocy” jest dokładnie tym, czego oczekiwałem i na co miałem nadzieję po obejrzeniu pierwszych zwiastunów. Film ten jest zabawnym, zaskakującym, pełnym energii dziełem i doskonałym otwarciem do kontynuowania sagi rodu Skywalkerów. Zarówno nowi jak i starzy aktorzy stanęli na wysokości zadania, sprawiając że pomimo pewnej powtarzalności schematów całość robi piorunujące wrażenie i ogląda się wspaniale. Mały niedosyt pozostaje po obejrzeniu wersji 3D, po której można było spodziewać się mimo wszystko większej głębi, jednak nie zmienia to w niczym ogólnie pozytywnego odbioru filmu. Moc jest z nami!

Stało się. Po latach czekania dostaliśmy w końcu nowe „Gwiezdne Wojny”. Słowo „nowe” jest tu chyba najbardziej kluczowe. To nowe otwarcie Disneyowskiej sagi, bez wątpienia jeden z najważniejszych filmów roku, bo od niego zależy przyszłość całej marki. J.J. Abrams stanął przed trudnym zadaniem, chciał mierzyć się z klasyczną legendą. Nie byle jaką legendą, a taką, przy której sparzył się nawet jej twórca.

Jeśli chodzi o fabułę to odkrywczy nie będę. „Przebudzenie Mocy” to drugi remake „Nowej nadziei”. Pierwszy zrobił Lucas w 1999. Tyle, że „Mroczne widmo” było subtelniejszą adaptacją tamtego scenariusza. Czy to dobrze, czy źle? Każdy ma tu własną odpowiedź. Dużo zaś zależy od kolejnych filmów w cyklu. Lucas w Epizodzie I położył większy nacisk na budowanie świata i łamanie pewnych, technologicznych barier. Abrams jest innego typu reżyserem, koncentruje się na aktorach, postaciach i ich wzajemnych relacjach. Nie sili się nawet na, ograne poniekąd, zwroty fabularne. Bardzo szybko poznajemy kim jest Kylo Ren i tak dalej. Wszystkie istotne elementy z campbellowskiego monomitu zostają zaliczone, choć niekoniecznie przez tę postać, którą sugerowano w zajawkach. Niemniej jednak uniwersum schodzi na drugi plan. Ważniejsze są postaci. Co powoduje, że w niektórych scenach odniosłem wrażenie, iż z filmu za dużo wycięto. Co się stało z tymi wszystkimi kosmitami w zamku Maz? Co się stało z Republiką? Dlaczego wszystkie postaci podchodzą do tych wydarzeń obojętnie? Czy każdy jest zajęty sobą? Chyba cięcie scenariusza i filmu w niektórych miejscach było za ostre, ale jednocześnie film jest dobrym wprowadzeniem do kolejnych epizodów. Przedstawia postaci, przedstawia sytuację i oddaje te zabawki kolejnym twórcom. I to jest to, czego się spodziewałem i oczekiwałem. Ale jednocześnie brak echa, czy reperkusji niektórych ważnych wydarzeń, jest zwyczajnie dziwny. Nie wszystko powinno być przerzucane na kolejne filmy.

Siła filmu Abramsa bazuje na dwóch filarach. Sentymencie i nowych bohaterach. Gdy pierwszy raz widzi się Hana wchodzącego na „Sokoła”, albo na ekranie pojawia się Leia, to jest to taki moment, w którym coś się w człowieku rusza. Póki, co nie mogę obok tego przejść obojętnie. Gra na klasycznej trylogii jest tu bardzo mocno widoczna, także w scenariuszu, w dialogach i wielu innych nawiązaniach. To się sprawdza. Wiele osób tego oczekiwało, takich mrugnięć do ich własnych przeżyć z dzieciństwa. W tym kontekście „Przebudzenie Mocy” jest filmem bardzo osobistym, tak dla reżysera, jak i dla mnie jako odbiorcy. Minus jest jednak taki, że Abrams zgrał już tę kartę, zdecydowanie utrudniając pracę swoim następcom. Co gorsza, to ukłon w kierunku pewnego pokolenia fanów. Za dwadzieścia lat, gdy Epizodów będzie dużo więcej, a dla nowych fanów przygody Rey, Finna i Poe to już będą stare „Gwiezdne Wojny”, to sentymentalne podejście może nie być aż tak zrozumiałe. Niemniej jednak obecnie jest bardzo mocnym elementem VII Epizodu.

Prawdziwą perełką zaś są aktorzy i postaci, w które się wcielają. Abrams znów idzie śladami klasycznej trylogii, wybiera prostotę. Jego bohaterowie ocierają się o margines społeczny, nie są zmanierowani przez dekadencką Republikę. Rey (Daisy Ridley), złomiarka z zapomnianej przez wszechświat planety, która niczym Luke dopiero zaczyna odkrywać prawdziwą galaktykę. Jest fajna, zabawna, ma wiele talentów, ale jednocześnie miło się obserwuje jej reakcje na inne planety. Finn (John Boyega) to postać trochę komiczna. Szturmowiec będący tchórzem i nieudacznikiem, który ma dobre serce, ale musi przełamać swój strach. To taka nowa wersja Hana Solo, zaczynającego myśleć o innych, ale jednocześnie działającego instynktownie, bez planu. No i Poe Dameron (Oscar Isaac), bohater póki co mało jeszcze wykorzystany, ale już dający się kochać za swoje cięte komentarze. No i jeszcze BB-8, Jar Jar i Ewoki nowego filmu, zabaweczka dla dzieci, ale przesympatyczna. Jeszcze ciekawiej wypadają przeciwnicy. Neurotyczny psychofan Vadera, czyli Kylo Ren. Przyznaję takiego szwarccharakteru się nie spodziewałem. On jest przede wszystkim niezrównoważony emocjonalnie, kto wie czy nie psychicznie. Widać, że chciałby być Vaderem, ale u widza częściej wywołuje śmiech. Zwłaszcza, gdy wpada w furię. No i co ważniejsze, Adam Driver dobrze ukazuje jego rozwianą motywację. Jako czarny charakter, Ren musi jeszcze dorosnąć. Po drugiej stronie Najwyższego Porządku mamy generała Huxa i rewelacyjną rolą Domhnalla Gleesona. Najłatwiej go określić mianem młodocianego Hitlera, jedynie wąsika brakuje. To właśnie ta postać budzi największa odrazę, ale jednocześnie wspaniale ogląda się jego ekscytację. Bawi też donoszenie na Rena. Mam wrażenie, iż te postaci mają za mało czasu ekranowego. Chciałoby się zobaczyć więcej, może po prostu dwie godziny to trochę za mało na wszystko. Zaś bohaterowie drugiego planu, nawet gdy są ważni fabularnie, jak choćby Snoke, są dość mgliście zarysowani. Są jedynie przedstawieni, zobaczymy, co dalej.

Film ma też niestety wady. Różne. Choćby to, że wprowadzając Rey Abrams nie trzyma się narracji poprzednich filmów. Dla mnie istotne są tak naprawdę dwie. Pierwsza to John Williams. Skomponował dobrą muzykę, ale nie do „Gwiezdnych Wojen”. Żaden nowy utwór nie zapada tak w pamięć, jak te z poprzednich filmów. Ale co gorsza, ta muzyka nie potrafi też tak budować napięcia. W prequelach, czasem lepiej było oglądać obraz i słuchać muzykę Williamsa bez dialogów. Ona była istotnym elementem filmu. Tu jest tłem, w którym nagle pojawiają się znane tematy, a potem znów się nie dostrzega ścieżki dźwiękowej. W moim odczuciu przez to film traci bardzo dużo. Bo nie jest ucztą audio-wizualną. W tym miejscu dochodzimy do drugiej wady. O ile faktycznie, obraz jest bardzo szczegółowo dopracowany, o tyle Abramsowi brak ręki Lucasa jeśli chodzi o sceny bitewne. Zresztą, co tu dużo mówić, George słabo radzi sobie z aktorami, ale jednocześnie jest wizjonerem, a sceny walk czy pościgów wychodzą mu rewelacyjnie. Nie ma sobie równych w Hollywood. Bitwy u Abramsa nie mają tej mocy. Są bo są, ale on nie potrafi działać na kilku planach jednocześnie. Przechodzić od bohaterów, do zwykłych żołnierzy i wracać. Myślę, że gdyby Lucas nadzorował ten fragment, film sporo by zyskał. J.J. udowadnia, że jest bardziej nowym Spielbergiem niż Lucasem.

Warto też zauważyć, że Abrams znalazł dla tego filmu inny styl. Owszem da się dostrzec tu kilka jego ulubionych manier, choć obyło się bez niepotrzebnych flar. Kamera czasem kręci się wokół bohaterów tworząc dodatkowy dynamizm. Ale przede wszystkim liczy się tu dobra zabawa i humor. To film o ludziach, którzy dopiero odkrywają swoje przeznaczenie i stawiają pierwsze kroki. Sprawy galaktyki, choć ważne, ustępują im miejsca. To zabawna, prosta, awanturnicza historyjka, która stara się ukraść serca, ale jednocześnie zadać więcej pytań niż niesie z sobą odpowiedzi. To bardzo dobry początek nowej przygody, ale jednocześnie film bardziej odległy od klasycznej trylogii, niż twórcy chcą przyznać. Plus jest taki, że na dalszy ciąg trzeba czekać jedynie półtora roku.

„Przebudzenie Mocy” to film na który czekałem z niecierpliwością od czasu gdy oznajmiono, że zostanie stworzony. W oczekiwaniu było jednak również sporo obawy o to czy nowy producent i ekipa poradzą sobie i stworzą film, który godnie dołączy do sagi. Obawy tym większe, że twórcy cały czas podgrzewali atmosferę mówiąc, że aspirują do poziomu klasycznej trylogii, a nie prequeli.

Najważniejszym elementem każdego filmu jest jego fabuła i od niej należy zacząć. Oś fabuły „Przebudzenia Mocy” jest kalką „Nowej nadziei”, do której dopisano nowe wątki. Może się to podobać lub nie, ale takie zbudowanie fabuły sprawia, że tracimy element zaskoczenia w filmie i mamy czasami wrażenie wtórności. Przyznać jednak trzeba, że scenariusz napisany jest bardzo dobrze i pomimo tej kalki film ogląda się z przyjemnością, a dla kogoś kto nie oglądał oryginalnej trylogii problem wspomniany w ogóle nie istnieje.

Ciekawym elementem są również sceny w których Abrams inspirował się nie tyle poprzednimi Gwiezdnymi Wojnami co innymi filmami czy wydarzeniami historycznymi. Nawiązania do np. „Czasu Apokalipsy” czy przemówień Hitlera potrafią w prosty sposób powiedzieć nam bardzo dużo o obecnej sytuacji czy bohaterach biorących udział w danych scenach.

Przez większość filmu miałem zresztą wrażenie, że w scenariuszu najważniejsze było nie tyle przedstawienie nowej historii co nowych bohaterów i pokazanie relacji między nimi, a starymi postaciami. I to udało się bardzo dobrze. Nowi bohaterowie są silnymi, charakterystycznymi postaciami, którzy pozwalają wierzyć, że można na nich bez obaw oprzeć kolejne części. Pojawianie się starych znajomych wzbudzało natomiast za każdym razem pewien sentyment i z ciekawością się oglądało jak się potoczyły ich losy, co się u nich zmieniło. Relacje między nimi wszystkimi to zdecydowanie najmocniejszy element tego filmu. Mając w pamięci to jak wyglądała gra aktorska nowych bohaterów w prequelach najwięcej obaw miałem co do tego jak nowa obsada sobie poradzi. Na szczęście okazały się one bezpodstawne. Aktorzy do swoich ról zostali dobrani bardzo dobrze, a poziom ich gry jest zadowalający.

Najsłabszym elementem filmu jest jego muzyka. Nie sądziłem, że to powiem, ale żałuję, że sięgnięto ponownie po Williamsa zamiast poszukać nowego twórcy. Każdy z dotychczasowych epizodów miał silne motywy, które jednoznacznie się z nim kojarzyły – tu tego zabrakło. Wychodząc z kina nie byłem w stanie sobie przypomnieć żadnego motywu muzycznego z „Przebudzenia Mocy”. Wszystko co słyszeliśmy było pewną przeróbką utworów z poprzednich części. Co więcej, muzyka powinna wspomagać budowanie napięcia w filmie, budować emocje – tu, nawet te przeróbki zawiodły. Muzyka była nijaka i częściowo przez nią film nie niósł takiego ładunku emocjonalnego jak powinien nieść.

Pomijając muzykę, pod względem technicznym, film jest bardzo dobry. Wartka akcja nie pozwala ani na chwilę się nudzić. Połączenie praktycznych efektów i CGI sprawia bardzo dobre wrażenie, choć po tym jak twórcy opowiadali o nacisku położonym na praktyczne efekty spodziewałem się trochę mniej CGI.

Wychodząc z kina byłem bardzo zadowolony. Wartka akcja, przyzwoita gra aktorska, trochę humoru i naprawdę przednia zabawa w kinie. Oczekiwałem dobrze zrealizowanego filmu wprowadzającego nowe postacie, a jednocześnie dającego możliwość zobaczenia na ekranie starych znajomych i to dostałem. Na czerpanie z „Nowej nadziei” bez problemu mogę przymknąć oko, jako, że jest to pierwsza część nowej trylogii, która po prostu gra na naszym sentymencie do klasycznych filmów. Ważne jest to, że dała solidny fundament pod dalsze budowanie historii.

Trailer Filmu:

Ocena Filmu na Filmweb.pl:

ocena filmu

Komentarze:

komentarze