Wejście smoka! Online (2016), Oglądaj bez ścin w jakości Full HD!

Wejście smoka! Online (2016), Oglądaj bez ścin w jakości Full HD! Raz na trzy lata prywatna wyspa przywódcy groźnego gangu – Hana – zamienia się w arenę na której walczą ze sobą w brutalnym turnieju najwięksi światowi mistrzowie sztuk walki. Agencji do spraw zwalczania zorganizowanej przestępczości, która już od dawna ściga Hana, udaje się nakłonić do współpracy jednego z zawodników (mistrza kung-fu o imieniu Lee). Zadaniem śmiałka jest odnalezienia na wyspie zaginionej agentki. Nasz bohater przed samym wyjazdem na turniej dowiaduje się iż to Han jest odpowiedzialny za śmierć jego siostry. Tak wiec mistrz Lee wyrusza z Shaolin wprost na turniej by wypełnić swe obowiązki i pomścić śmierć siostry – wejście smoka rozpoczyna się…

 

Wejście smoka Online:

Wejście smoka Online
Wejście smoka Online

Bruce Lee nie miał początkowo zbyt wielkiego szczęścia w Hollywood, mimo że w Chinach pojawiał się na srebrnym ekranie od wczesnego dzieciństwa. Zdobył wszak drugoplanową rolę w amerykańskim serialu „Green Hornet”, jednakże po pierwszych zachwytach nad ekranowymi wyczynami Bruce’a, kurz popularności opadł i żadne nowe propozycje nie napływały. A Bruce Lee miał wielkie ambicje. Ucząc Jeet Kune Do hollywoodzkie gwiazdy, m.in. Jamesa Coburna i Steve’a McQueena, pragnął stać się tak sławny jak oni (McQueen był wówczas u szczytu popularności), a zarabiać jeszcze więcej. McQueen pragnął z kolei posiąść takie umiejętności w sztukach walki, jakimi dysponował Lee. Gwiezdzie „Bullita” nie udało się choćby zbliżyć poziomem umiejętności kung fu do gracji, perfekcji i szybkości Bruce’a. Sam Bruce za to, choć nie dożył takich gaży za rolę, jakie otrzymywał McQueen, stał się legendą – zarówno w świecie filmu, jak i sztuk walki. I choć od jego śmierci upłynęło 40 lat (pogrzeb Bruce’a Lee odbył się w 1973 roku) pamięć o nim i jego filmach jest wciąż żywa w świadomości kolejnych pokoleń widzów.

Podobnie jak w przypadku Marilyn Monroe czy Jamesa Deana, śmierć przysłużyła się do unieśmiertelnienia ‚Małego Smoka’, otoczenia jego osoby nimbem tajemniczości i trwającym do dziś kultem. Zanim jednak to nastąpiło, Bruce Lee, zawiedziony brakiem propozycji filmowych – wszak Azjaci wciąż nie byli zbyt mile widziani w hollywoodzkich produkcjach – powrócił do Chin, gdzie nakręcił trzy wielkie przeboje: „Wielkiego Szefa”, „Chińskiego łącznika” oraz „Drogę smoka”. Gdy stał się supergwiazdą na Dalekim Wschodzie, Amerykanie, czyli Robert Clouse (przyszły reżyser „Wejścia smoka”) i producenci z Warnera, oczarowani jego wyczynami w „Wielkim Szefie”, postanowili napisać specjalnie dla niego scenariusz. Na podstawie niego, jak się miało wkrótce okazać, powstał film wyznaczający nową jakość w kinie kopanym.

Znając umiejętności i fizyczne uwarunkowania Lee (przy wadze 69 kg i wzroście 171 cm przechodził przez przeciwników niczym tornado przez pole kukurydzy) producenci, Robert Clouse i bliscy znajomi Bruce’a, a także on sam, zdawali sobie sprawę, że wielka, szykowana pod Bruce’a produkcja z całą pewnością uczyni z niego mega-gwiazdę już nie tylko w Azji, ale wszędzie tam, gdzie dociera kino. Na trzydziestodwuletnim ambitnym aktorze spoczywała wielka odpowiedzialność za sukces lub porażkę filmu; „Wejście smoka” było z kolei jego być albo nie być w Hollywood. I choć w napisach początkowych obok jego nazwiska figuruje Amerykanin John Saxon, to właśnie Mały Smok miał wziąć na swoje barki główną rolę i udźwignąć ciężar produkcji. Co obok nazwiska Lee robiło wspomniane nazwisko Johna Saxona? Otóż w czasie powstawania filmu nie do pomyślenia było, aby nazwisko chińskiego aktora pojawiło się w napisach początkowych przed aktorem amerykańskim. Aby całkowicie zachować poprawność polityczno-nacyjną, w roli trzecioplanowej mamy Afroamerykanina z koszmarnym afro na głowie, który w połowie filmu równie koszmarnie ginie z ręki Hana. Mimo konglomeratu rasowego, to właśnie Azjata Lee miał być główną atrakcją parku rozrywki pod tytułem „Wejście smoka”.

Gdy rozpoczęła się realizacja „Wejścia smoka” (w koprodukcji Hong Kong/USA), Bruce Lee nie zjawiał się na planie przez dwa tygodnie, a pierwsze występy przed kamerami ujawniały jego zdenerwowanie i zagubienie w wielkiej machinie produkcyjnej. Proces realizacyjny po pierwszych trudnościach ruszył w końcu pełną parą, niekiedy tylko przerywany prawdziwymi walkami Bruce’a Lee ze statystami, rzucającymi mu prawdziwe wyzwania. Filmowa fikcja mieszała się też niekiedy ze światem realnym. Do historii przeszła walka Lee z Oharrą, w której Oharra próbował zaatakować chińskiego Mistrza potłuczonymi butelkami. Jak mówi odtwórca roli Oharry, na planie przez przypadek zranił Bruce’a kawałkiem szkła i ponoć Bruce był na niego tak zły, że boczne kopnięcie, po którym Oharra wpadł w grupę zawodników obserwujących walkę, nieprzypadkowo było tak mocne…

Bruce Lee był niezmordowany, pracował, jak mówią ludzie z ekipy produkcyjnej, 24 godziny na dobę, sam planował choreografię scen walk, pomagał przy ustawieniu kamer i rysował storyboardy. Lee miał kontrolę nad wszystkimi swoimi filmami, „Wejście smoka” nie było więc wyjątkiem, co jednak w momencie, gdy Azjata otrzymał po raz pierwszy główną rolę w hollywoodzkim filmie, było czymś niecodziennym.

„Wejście smoka” miało być dla Bruce’a pierwszą wysokobudżetową międzynarodową produkcją, która wkrótce wyniosła go na szczyty popularności.

Rzeczywistość jak zwykle przerosła filmowe scenariusze. Bruce Lee, pracujący po zakończeniu „Wejścia smoka” nad swoim kolejnym filmem – „Grą śmierci” (film miał odzwierciedlać filozofię sztuki walk uprawianą przez mistrza), nieoczekiwanie zmarł. Gdy „Wejście smoka” weszło na ekrany, z miejsca stało się hitem, a osoba Bruce’a automatycznie zapisała się złotymi literami na kartach historii filmu. Jakie jest „Wejście smoka” i czy obraz Roberta Clouse’a faktycznie jest tak dobry, czy też może to śmierć Lee uczyniła film kultowym? Czy gdyby nie szokujące zrządzenie losu, gdyby nie etykietka ‚ostatni film mistrza’, „Wejście smoka” byłoby dziś tak znane? Ośmielę się w tym miejscu napisać, że „Wejście smoka” mogło się okazać zaledwie przygrywką, filmową rozgrzewką przed czymś naprawdę wielkim – nigdy nieukończoną i błąkającą się po świecie we fragmentach spektakularną „Grą śmierci”, do której zdążono nakręcić niemal cały materiał „kopany”. Wracając jednak do ostatniego i niewątpliwie najlepszego („Gra śmierci” z powodu niedokończenia, nigdy nie będzie mogła być oceniona) filmu Bruce’a Lee, będącego jednocześnie czołowym przedstawicielem kina spod znaku kung-fu. Należy zwrócić uwagę przede wszystkim na, co za zaskoczenie(!), sekwencje walk, należące niewątpliwie do najlepszych, jakie kiedykolwiek powstały.

Mimo że „Wejście smoka” to produkcja z roku 1973 roku, dynamiki, szybkości i widowiskowości mogą mu pozazdrościć wszystkie dzisiejsze, technicznie zaawansowane produkcje, zasłaniające braki w przygotowaniu fizycznym aktorów lub całkowity brak umiejętności operatorskimi sztuczkami, szybkim montażem, dynamicznym ruchem kamery czy po prostu mocowaniem aktorów do linek. Bruce Lee był jak eksplodujący dynamit, jego siłę, szybkość i energię w pełni widać na ekranie, nie ma w „Wejściu smoka” szybkich cięć, rozedrganej kamery czy nienaturalnych przyspieszeń, a wręcz przeciwnie… Dla podkreślenia gracji i uchwycenia niemal nadnaturalnej szybkości Lee, reżyser i operator często stosowali zwolnione tempo. Bruce Lee, maszyna do walki zbudowana z (jak sam mówił) kości i mięśni, na ekranie prezentował się fenomenalnie, szczególnie gdy energicznie zrzucał z siebie górną część ubrania i oczom widzów ukazywała się perfekcyjna budowa ciała, pozbawionego choćby grama tłuszczu.